Dopadło mnie w końcu na amen
Tak jak w tytule. Ostatnia środa pozostanie długo w mojej pamięci. Od rana czułam się okropnie, ale gdy wieczorem dostałam torsji, gorączki, a w końcu zaczęłam się dusić … Łukasz zawiózł mnie do szpitala. Dostałam furę leków i zwolnienie z pracy. W sumie, to te sensacje na moje własne życzenie, bo źle czułam się już od tygodnie, ale łykałam tony przeciwbólowych i przekonywałam się, że jakoś to przechodzę i w końcu mi przejdzie. Pani doktor powiedziała, że choroba nie wyleczona rozwijała się pięknie w organiźmie i wybuchła ze zdwojoną siłą…
Czwartku i piątku właściwie nie pamiętam, bo te dwa dni prawie całkowicie przespałam. Teraz jest już nieco lepiej, nie mam gorączki, no i antybiotyk zaczął działać, za to kaszlę jak potępieniec i nie mogę poradzić sobie z potwornym katarem… Jestem natomiast w stanie, troszkę poszydełkować. Przedstawiam więc moje dzisiejsze miejsce dziergania – i wszystko co mi potrzebne do życia wokól, czyli mamy tu kawcie, lekturę, robótkę, medykamenty i rolkę różowego mięciutkiego papieru, którego mąż kupił 8 rolek i sprawdza się świetnie do dmuchania nosa. No i jest też miś, którego wspaniałomyślnie oddała mi na czas choroby Kasieńka, aby mnie pilnował i się mną opiekował.
Bieżnika Kasi przybywa powolutku, ale już go przepołowiłam, więc jest z górki. Do Świąt muszę go skończyć !











teraz jest straszna pora na te wszystkie wirusy, więc dobrze się stało, że trafiłaś (w końcu) do lekarza. zdrowiej szybciutko, choć podejrzewam, że tak się stanie – jak się ma taką pyszną kawę i takie fajne otoczenie
bieżnik nabrał już charakteru – super. 3 maj się ciepło